Strona Główna
Aktualności
Dyrektorzy szkoły
Biogramy
Wspomnienia absolwentów
1938 - zjazd
1948 - program
1951 - Wydarzenia PAS
1951 - Jan B Ćwikliński
1953 - Jan B. Ćwikliński
1978 - S.Gawrych
1978 - T. Powidzki
1988 - J. Kolanowski
1988 - A.Sajkowski
1998 - L.Bartkowski
2005 -T.Herman
2006 -J.Fijał
Absolwenci
Sztandary
Poezja i pieśni
Filmy
Deklaracja
Gnieźnieńskie linki
Jesteś w: Strona główna / Wspomnienia absolwentów / 1998 - L.Bartkowski  

Leopold Bartkowski 

JESTEM ABSOLWENTEM GIMNAZJUM I LICEUM IM.BOLESŁAWA CHROBREGO W GNIEŹNIE

           Do skreślenia paru słów skłoniło mnie 135-lecie istnienia naszej nowej okazałej "Alma Mater", a może bardziej moje "50-lecie" ukończenia naszej uczelni. A są to lata 1945-1948, oczywiście w starej siedzibie przy ulicy Mieczysława. Urodziłem się na dalekich Kresach Wschodnich, w mieście książąt Radziwiłłów - Nieświeżu w 1929 r., woj. nowogródzkie - ojciec, powstaniec Wielkopolski rąbał szablą granice II Rzeczypospolitej. Tam też pozostał przez całe 20 lat pełniąc służbę w 27 Pułku Ułanów im. Stefana Batorego należącym do nowogródzkiej brygady Kawalerii, dowodzonej przez generała Andersa. Tu też rozpoczęła się moja edukacja w Szkole Powszechnej w 1935 r. Wybuch wojny, 1 września 1939 r. i tragedia 17 września 1939 r., rozpoczęcie nauki w piątej klasie - wkroczenie wojsk sowieckich - i pół roku nauki w szkole ruskiej, z ruskim programem (z białoruskim, rosyjskim).


            Listopad 1939 r. początek wywozu, deportacji na daleki wschód - rodziny wojskowych, policjantów, nauczycieli, urzędników - inteligencji polskiej. Na przełomie roku 1939/40 - najpierw ucieczka - w cudowny sposób - ojca, potem mamy z trójką dzieci (dwie siostry i ja). Korzystamy z uprzejmości mamy rodziny i zatrzymujemy się w Lubartowie, w województwie lubelskim - przejście przez Bug, silny mróz, duży śnieg. Na terenie tego powiatu przebywamy do wyzwolenia, gdzie kończę piątą, szóstą i siódmą klasę uzupełniając na tajnych kompletach naukę z historii i geografii, te przedmioty w tzw. "GG" były zakazane. Wyzwolenie w lipcu 1944 roku. Od 1. 09. 1944 r. rozpocząłem naukę w Gimnazjum Powiatowej Rady Narodowej w Lubartowie, kończąc klasę pierwszą 30 czerwca 1945 r.

          21 I 1945 r. - wyzwolenie Gniezna. Ojciec z mamą wracają do swoich rodzinnych stron, ja i siostry zostajemy w Lubartowie, by skończyć I klasę gimnazjum, starsza siostra - II, a młodsza siostra - VII klasę szkoły podstawowej. Rodzice osiedlają się w Jankowie Dolnym i rozpoczynają pracę na 24-hektarowym gospodarstwie rolnym.

       Nowy rok szkolny 1945/46 rozpoczynamy w Gnieźnie - ja II klasę w gimnazjum męskim, siostra - III klasę w gimnazjum żeńskim, a młodsza w I klasie gimnazjum handlowym. Mimo pogarszających się warunków, rodzice odmawiają sobie wszelkich dóbr materialnych, ciągną resztkami sił, by dzieci mogły się uczyć - a był to dopiero początek nadchodzących ciemnych dni. Ojciec w stałej niepewności okres okupacji, żołnierz Armii Krajowej - częste kontrole w domu, w szczególności korespondencji z lubelszczyzny, pogarszająca się sytuacja materialna i tragedia - ojciec aresztowany. Nauki jednak nie przerywamy i tak: r. 1945/46 - II i III klasa gimnazjum systemem przyspieszonym, r. 1946/47 - IV klasa gimnazjum i I klasa liceum w systemie przyspieszonym, w r. 1947/48 II klasa systemem normalnym; by uzyskać więc świadectwo dojrzałości należało ukończyć IV klasę gimnazjum (tzw. mała matura i dwie klasy liceum - duża matura).

       Moje "stare" Gimnazjum to klasa na I piętrze od strony południowej, od ul. Mickiewicza - tu uczyłem się do małej matury, a liceum - to od podwórka wejście na prawo, parter II. Pięćdziesiąt lat dla historyków to drobiazg, a dla jednego człowieka to szmat czasu - nie wymieniam więc wszystkich swoich kolegów z imion i nazwisk. Ale chociaż część z nich, a było maturalnych klas sześć lub siedem. Nazwiska z mojej klasy, które pozostały mi w pamięci to obok piszącego: Antkowiak, Balcerzak, Osiński, Czajka, Kusy, Pietrzak, Kaźmierski, Kędziorski, Kubiak, Pampuch, Kulis, Pieleszek, Galubiński, Drela, Niewiarowski, Leśniewski.

        Z perspektywy lat muszę stwierdzić, że nie byłem orłem wybitnie uzdolnionym, ale w "powszechniaku" zarówno na Kresach, jak i w lubelskiem byłem średniakiem, natomiast moje świadectwo dojrzałości było bardzo słabe. Uczyli mnie w większości profesorowie doświadczeni, dobrze przygotowani zawodowo, mądrzy, inteligentni i można się zastanowić, czy nas nie znali, czy było nas za dużo - to przecież okres powojenny, opóźnienia szkolne, chęć, szczególnie starszych kolegów do nauki wielka, dlatego takim małolatom, jak ja i drugi jeszcze - Leszek Galubiński, obaj z 1929 roku, było trudno. To przecież chodzili z nami koledzy po partyzantce, wojsku, żonaci i dzieciaci. Było więc tej stawce bardzo trudno sprostać, by uzyskać dobre stopnie. Leszek mieszkał w Gnieźnie, ja chodziłem codziennie 8 kilometrów w jedną stronę. Pociągi nie kursowały, autobusów nie było, rowery zmieniały właścicieli. I jeszcze do tego odnalazłem zaświadczenie nr 67 z 1946-1947 r. o ukończeniu tzw. "PW" - bo to miało się na III wojnę światową. Co to oznaczało dla mnie? To, że w tych dniach dwa razy w tygodniu musiałem przejść dodatkowo drugi raz do Gniezna - 16 kilometrów, najczęściej po południu i na Wełnicy, i na Arkuszewie dodatkowo z karabinkiem poćwiczyć. Muszę wspomnieć również, że nie tylko to bieganie mnie męczyło, przecież 24 hektary gospodarstwa trzeba było porządnie, po poznańsku obrobić. Nie było traktorów, maszyn rolniczych i środków ochrony roślin. Nie było koni. Początek to były trzy bawarskie 900-kilogramowe woły. Była to praca ponad siły całej mojej rodziny. I do tego nauka. Przecież nieraz zasypiałem w szkole po pracy i tych wędrówkach. W tych oto warunkach dotrwałem do małej matury w 1946 roku i organizm nie wytrzymał, a chciałem pracować, uczyć się. Serce odmówiło posłuszeństwa. Po małej maturze rozpoczęliśmy z ojcem koszenie łąk kosami. Tak, jest to jedna z cięższych prac w rolnictwie. Przeliczyłem swoje siły. Odwiedzają mnie w czasie wakacji mój kolega z klasy, a szczególnie zaprzyjaźniona, znana w Gnieźnie rodzina państwa Krzyślaków (dr weterynarii - dyr. Rzeźni Miejskiej w Gnieźnie). Ci synowie, wówczas gimnazjaliści pomagali nam cały okres żniw, by mi ulżyć, bym mógł od wakacji dalej uczyć się w liceum.

           W dalszym ciągu komunikacja jest bardzo słaba, ale już mamy konie, więc w okresie zimowym lub w mniejszym nasileniu prac ojciec poświęcał się i nas podwoził. Warunki materialne stale się pogarszają. Mam zamiar rozstać się z nauką, kolegami i swoim liceum. Jestem bardzo zmęczony. I wówczas wspaniała rodzina państwa Krzyślaków, mając dziewięcioro własnych dzieci (siedmiu synów i dwie córki), przyjmuje mnie do swojego domu jako dziesiąte dziecko. Jest to ostatni rok przedmaturalny. Odstępują mi mały pokoik i dostaję całodzienne wyżywienie. Jestem traktowany lepiej niż ich własne dzieci. Tak więc dotrwałem do matury i uzyskałem świadectwo dojrzałości 18 maja 1948 roku, jako pierwszy z mojej wioski, uzyskując je w tym czasie jako jeden z najmłodszych, nie mając ukończonych 18 lat. Otwarta została dalsza droga życiowa. W tym miejscu muszę poświęcić parę słów swoim wychowawcom. Wspomniałem już, że byli to ludzie z bardzo dobrym przygotowaniem zawodowym, patriotycznym. Wychowawcą mojej klasy był bardzo fajny ks. Kazimierz Zachman. Klasa była zdyscyplinowana, ale też nie było tajemnic między wychowawcą i wychowankami. To, co w późniejszym wieku określaliśmy jako stosunki międzyludzkie - wspaniale nas rozumiejąc, to właśnie jego wartości.

Członkami komisji egzaminacyjne) byli:
prof. Henryk Kowalewski - historyk
prof. Maria Frąckowska - polonistka
prof. Janina Klajnert - chemik
prof. Józef Rechr - matematyk
Przewodniczył komisji Ziółkowski, a dyrektorem w okresie całej nauki był najwspanialszy dyrektor pan Sosna.

Grono pedagogiczne w mojej klasie. oprócz już wymienionych:
geografia - p. Szałkowski
j. polski - p. prof. Gawrych łacina - ?
j. francuski - pani z Cierpięg - p. Stasiak
historia o Polsce i świecie współczesnym - p. Kowalewska
biologia - p. prof. Błach
fizyka - p. mgr Ulatowska
propedeutyka i filozofia - ?
rysunek - p. Staniszewski
ćwiczenia - p. Pejka

          Z całą przyjemnością wsłuchiwałem się w wystąpienie dyr. Sosny na wspólnych spotkaniach w auli wypełnionej po brzegi łącznie z korytarzem. To były słowa, które człowieka dopingowały, kształtowały w duchu patriotyzmu i kultury. Na pewno i dzisiaj są tacy wychowawcy, ale wzorem do naśladowania powinien być właśnie dyr. Sosna. To była powaga, autorytet, który zachował się w mojej pamięci jako jeden z najwybitniejszych wychowawców ówczesnego pokolenia. A przecież nasi wychowawcy nie mieli z nami łatwego życia i tu można by w tym długim okresie wymienić wiele "spraw". Przytoczę choćby dwie. Pierwsza to "zamach" na jednego z profesorów. W czasie przerwy odkręciliśmy ławko umocowane do kątownika i odcinek jego oparliśmy na zakończenie przerwy o drzwi. W momencie otwarcia drzwi przez profesora ciężki kątownik spadając uderzył o posadzkę korytarza i rzeczywiście wywołał dużo huku, a wystraszony profesor najkrótszą drogą popędził do dyrektora wrzeszcząc przez cały czas: - zamach, zamach panie dyrektorze. Dwóch najodważniejszych przyznało się dyrektorowi, za co zostali skarceni w obecności klasy. Drugi przypadek - to balik z okazji małej matury. Jak wspomniałem, wiekowo byliśmy bardzo zróżnicowani. Koledzy zaproponowali jednemu z profesorów dobrą wódkę. Oczywiście na poddaszu, gdzie odbywały się zajęcia praktyczne, rysunek itd., tam też były szafy z mapami geograficznymi. "Libacja" przedłużała się, profesor zaniemógł. Koledzy "zabezpieczyli" go, lokując w jednej z szaf z mapami. Odnalazł go tam nasz wspaniały woźny. Kiedy rano sprzątając usłyszał dziwne szmery w szafie na wpół omdlałego profesora uwolnił z zamkniętej szafy. To jednak zakończyło się poważniej. Dwóch kolegów dostało świadectwo małej matury pod warunkiem, że opuszczą naszą uczelnię. Jednak dyr. Sosna umożliwił kolegom dalszą naukę, ale już winnym liceum dla dorosłych.

              Moje osobiste większe przeżycie to z pierwszej i drugiej licealnej. Oblałem u prof. Janiny Klajnert (cioci Wali) egzamin z chemii. Całe wakacje, na które człowiek tak oczekuje zostały zaprzepaszczone. Dwa miesiące chemia, chemia, chemia - byłem wówczas zrozpaczony, zły oczywiście na panią profesor. Matematyka - wydawało mi się, że w tym przynajmniej jestem dobry. A tu I i II lic. wyższa matma. I cóż - ano cierpiałem, jak przy starszych kolegach obrywałem: - ty leniu śmierdzący dlaczego się nie uczysz? Wówczas to była straszna krzywda - po latach...?
Już w roku 1948 staram się na studia - oczywiście rolnicze - i nie mogę być przyjęty, bo nie mam skończonych osiemnastu lat - to jeden z warunków. Sytuacja materialna rodziny pogarsza się z roku na rok. Ojciec: - musisz iść do pracy. Zostaję przyjęty do Izby Skarbowej - rozpoczyna się ciężki okres dla rolników - mam ściągać podatki, zadłużone - wytrzymuję może dwa tygodnie. Jest przecież w takim samym położeniu moja rodzina. Odchodzę z myślą, że ciężka praca lepsza od tej hańbiącej w moim przekonaniu.

           W 1949 roku próbuję ponownie startu na studia. Na, ale teraz - jesteś synem kułaka. - Szybko, szybko, czas nagli - znajomi ojca przyjechali z Urzędu Gminy w Gnieźnie... - Z czegoś musisz Marcin zrezygnować - ziemia, albo studia syna. Ojciec zrezygnował z ziemi pozostawiając 6 hektarów. - No, teraz jestem synem małorolnego chłopa, pochodzenie dobre, zagranicą nikogo. Zdaję egzamin na Wydział Rolniczo-Leśny na Uniwersytet Poznański. Kończąc Wyższą Szkołę Rolniczą w Poznaniu w 1953 roku.

          Nowa okazja - w tym roku mija 45 lat od ukończenia studiów. Co pięć lat odbywamy z kolegami spotkania. Rozpoczyna się nowy okres bardzo ciekawych wydarzeń politycznych, ekonomicznych gospodarczych, ale już w pracy.
Dalszy ciąg swojego życia napiszę na 150-lecie naszej uczelni - nie dożyję? Jestem z rodziny długowiecznej, przecież przez 54 lata płaciłem ZUS.

         A tak poważnie: dziś patrzę na swoje świadectwo dojrzałości całkiem inaczej, niż wówczas. Uważam, że zarówno ciocia Wala, jak i profesor Rochr nauczyli mnie bardzo dużo i chcę powiedzieć, że przecież na niełatwych studiach rolniczych w pierwszych latach gros to właśnie chemia, metody statystyczne (matematyka), dawałem sobie radę dobrze, a pod koniec studiów bardzo dobrze. To przygotowanie pomogło mi w życiu na różnych stanowiskach, nieraz odpowiedzialnych. To przygotowanie, obycie, ogłada towarzyszyły mi i ciągle słyszałem głos swoich wychowawców: "bądź ludzki dla ludzi". To przygotowanie pomogło mi pomyślnie ukończyć studia podyplomowe na Wyższej Szkole Rolniczej na Wydziale Rolniczym w zakresie ekonomiki i organizacji przedsiębiorstw rolniczych, jak również uzyskać dyplom SGGW Akademii Rolniczej w Warszawie na Wydziale Ekonomiczno-Rolniczym uzyskując tytuł mgr inż. ekonomii rolnictwa.

                                                                                           Leopold Bartkowski


                                                                                    
powrót do góry
Wszystkie prawa zastrzeżone absolwent.gniezno.pl 2008r.