Strona Główna
Aktualności
Dyrektorzy szkoły
Biogramy
Wspomnienia absolwentów
1938 - zjazd
1948 - program
1951 - Wydarzenia PAS
1951 - Jan B Ćwikliński
1953 - Jan B. Ćwikliński
1978 - S.Gawrych
1978 - T. Powidzki
1988 - J. Kolanowski
1988 - A.Sajkowski
1998 - L.Bartkowski
2005 -T.Herman
2006 -J.Fijał
Absolwenci
Sztandary
Poezja i pieśni
Filmy
Deklaracja
Gnieźnieńskie linki
Jesteś w: Strona główna / Wspomnienia absolwentów / 1938 - zjazd  

TADEUSZ POWIDZKI

Lat temu czterdzieści  (1898)

      Zapewne niewielu było takich Polaków w gimnazjach niemieckich, do których pewnego dnia nie przystąpiłby kolega z wyższej klasy i nie zadał pytania: Nie chciałbyś się uczyć literatury polskiej i historii? Na mnie wówczas ucznia tercji wyższej pytanie takie spadło dość nieoczekiwanie w. r. 1896, gdy w jesienny wieczór po odrobieniu zadań przechadzałem się po Końskim Targowisku. Zadał mi je kolega znacznie ode mnie starszy, na którego patrzałem z wielkim respektem, gdyż niebawem miał zdawać maturę, Ignacy Trepiński. Znał on mnie dość dobrze, gdyż przez pewien czas udzielał mi korepetycji. Otrzymałem polecenie stawienia się następnego dnia w oznaczonej wieczornej godzinie do Ksawerego Zakrzewskiego, mieszkającego na „Olimpie”, - trzecim piętrze domu przy narożniku ulicy św. Wawrzyńca i Flory.
     
    Było to poddasze z jednym tylko bodaj pokoikiem mieszkalnym, bez żadnych niepożądanych. ciekawych sąsiadów. Szedłem tam z bijącym nieco sercem, gdyż uświadamiałem sobie, że po przestąpieniu progu wskazanego pokoju w życiu mym rozpocznie się coś nowego, nieznanego dotąd, - nęcącego romantyzmem polską duszę.
    Serdeczny uścisk dłoni kolegi gospodarza i dwóch czy trzech świadków — nie pomnę już, kto tam jeszcze był obecny — i wytłumaczenie, o co właściwie chodzi: Szkoła pruska nie daje nam tego, co Polak o ojczyźnie swej wiedzieć powinien, by stać się jej dobrym synem, gotowym do pracy dla niej i do wszelkich ofiar. Więc wiedzę tę zdobywać musimy sobie sami, ucząc się wzajemnie, tajnie, gdyż inaczej :....
       
       Potem nastąpiła przysięga, powtarzana głośno za Ksawerym. Słuchał jej Chrystus na krzyżu rozpięty, wśród dwóch palących się świec na białym obrusie: „Ja, Tadeusz Powidzki, wstępując do Towarzystwa Tomasza Zana, którego cele mi wiadome, przysięgam na Boga i honor, że tajemnicy o istnieniu jego nigdy przed nikim nie zdradzę. Tak mi dopomóż, Panie Boże”.
      
        Do dziś chwila tej uroczystej przysięgi, pasującej beztroskiego do tej pory urwisza niejako na rycerza wielkiej sprawy narodowej, w żywej stoi mi pamięci. Po latach czterdziestu i dwóch... Moja dygresja. Jakieś ochłapy polskiego gimnazjum gnieźnieńskie rzucało wówczas swym uczniom - aż do poczatku roku szkolnego 1901/02, ostatniego mego roku pobytu w murach gimnazjalnych, zakończonego „ch1ubnie” - wyrzuceniem w przeddzień ustnego egzaminu dojrzałości, od którego miałem być nawet podobno zwolniony....

Dziesięć lat temu... (w 1928 roku)

      Leży przede mną rocznik „Brzasku”. Lekko już pożółkłe kartki gazetki mają dla mnie swoistą wymowę. Przed oczyma przesuwają mi się znowu te opromienione marzeniami młodości lata pobytu w gnieźnieńskim gimnazjum. A przypadły one na okres dwu wielkich dla tej „Almae Matris wydarzeń. Rok 1923 - zjazd koleżeński z okazji jubileuszu 60-ciolecia gimnazjum - i rok 1928 – dwudziesto- pięciolecie procesu gimnazjalistów gnieźnieńskich. Zwłaszcza ta druga uroczystość wywarła na mnie silne wrażenie. Dostojne postacie uczestników zjazdu stały się dla ówczesnych uczniów gimnazjum symbolem patriotyzmu, ich cierpienia w walce o polskość nakazem bezkompromisowej pracy dla Odrodzonej Ojczyzny. Zjazd przywiódł znowu na pamięć zaszczytną historię gnieźnieńskiego Towarzystwa Tomasza Zana, stanowiącego w czasach zaborczych nie tylko twierdzę polskości, ale i szkołę charakterów. Ogarnęło nas uczucie wstydu, „że w murach gimnazjum nie ma już tej organizacji (T. T. Z. w Gnieźnie po powstaniu Państwa Polskiego zdekonspirowało się i wkrótce potem zamarło).
    
     Po kilku prywatnych naradach postanowiliśmy wspólnie z kolegą Czarnotą powołać T. T. Z. ponownie do życia. Dnia 8 .października 1928 r. odbyło się w auli gimnazjalnej zebranie organizacyjne T. T. Z. z udziałem p. dyr. Birgfelinera, kilku pp. profesorów oraz kilkudziesięciu kolegów. Po referacie i dyskusji wybrano pierwszy zarząd w składzie: kol. Wolek — prezes, kol. Obarski — sekretarz, kol. Szołkowski skarbnik i kol. Roehr - bibliotekarz. Opiekunem został p. prof. Matysik. Odtąd życie organizacyjne rozwijało się w szybkim tempie.. W ciągu następnego tygodnia zgłosiły akces do T. T. Z. wszystkie istniejące już na terenie gimnazjum kółka i kluby (poza T. T. Z-em pozostały jedynie: Sodalicja Mariańska i Harcerstwo). Z inicjatywy T. T. Z. powstają nowe kółka jak: Polonistyczne, Historyczne , Muzyczne i Społeczne. Wszędzie prym wodzą klasy 7-me, a wśród nich klasa 7 b. Gimnazjum zaczyna kipieć praca samokształceniowa i społeczna..  Opustoszałe przedtem popołudniami mury rozbrzmiewają teraz aż do wieczora echem referatów namiętnych dyskusji. Szczególnie wysoka temperaturą odznaczają się zebrania Kółka Społecznego. Nic tam nie ujdzie krytyce. Młodzieńcze umysły gorączkowo szukają projektów reform społecznych i palą się do wprowadzania ich w życie.
     
      Ta pożywka dyskusyjna na długo jednak nie starczy. Odzywa się potrzeba jakiejś konkretnej roboty. Powstaje myśl wydawania pisemka. Na jakiś czas projekt ten pochłania nas bez reszty. Narady, dyskusje, rozmowy, obliczenia i wreszcie decyzja zapada: na gwiazdkę wydamy gazetkę (miesięcznik). Administrację obejmuje kol. Nowicki Norbert, redakcję kol. Wołek. Zaczyna się zbieranie artykułów, poszukiwanie ogłoszeń, reklama wśród kolegów. Równocześnie toczy się dyskusja, jak nazwać nasze pisemko. Ostatecznie decydujemy się na „Brzask” i niesiemy numer do drukarni. Duma rozpiera nam pierś. Wydaje nam się, że motto gazetki:
                                          
                                    Hej bracia orły do lotu! do lotu!
                                                Przed nami słońce...
aktualizuje się w nas samych. Miły Boże! Kiedy dziś po ”latach„ lO-ciu czytam Z uśmiechem pobłażania te swoje pierwsze i ostatnie wypociny literackie, zastanawiam się, czym nasza gazetka zyskała sobie uznanie. Chyba jedynie bezpośredniością uczuć młodzieńczych, która z każdej jej stronicy przebija. Od numeru drugiego administrację „Brzasku” objął kol. Wengerek, Gazetka szybko przeniknęła do gimnazjum żeńskiego oraz szkoły wydziałowej, , a później i do szkół zawodowych.

     Od października 1929 r. została nawet uznana za organ T. T. Z. wrzesińskiego. Niestety w roku 1930  „Brzask” przestał wychodzić. Główną przyczyną była trudność w obsadzeniu redakcji po ustąpieniu dotychczasowego jej kierownika, który w tym rok-n złożył maturę. Co nam dało wydawanie „Brzasku”? Osobiście jestem zdania, że bardzo dużo. Po raz pierwszy zetknęliśmy się bezpośrednio z trudnościami redakcyjnymi, zaprawialiśmy się w kalkulacji handlowej, w akwizycji ogłoszeń, w kolportażu, reklamie, a nawet... w pracy drukarskiej. Przypominam sobie następujący wypadek:
    
      Ogłosiliśmy we wszystkich szkołach, że „Brzask” wyjdzie nazajutrz. Wieczorem udaję się do drukarni firmy J. B. Lange, gdzie gazetkę naszą drukowaliśmy, i z przerażeniem dowiaduję się, że „Brzask” jeszcze nie złożony, a pracownicy chcą już iść do domu. Bez namysłu zdejmuję marynarkę i sam zabieram się do składania numeru. Nikt z zecerów nie opuścił drukarni. Pracowaliśmy wspólnie prawie do rana. Nawet poczciwy dzierżawca drukarni p. Piechocki pracował razem z nami. Nazajutrz przyszedłem do szkoły z podkrążonymi oczami. a1e ,,Brzask” wyszedł w zapowiedzianym terminie. Inny obrazek: Zbliżają się imieniny p. Dyrektora. Postanowiliśmy zamieścić na pierwszej stronie stosowny artykuł z fotografią. Ale skąd wziąć fotografię? Zwróciliśmy się do córeczki p. Dyrektora. Dowiedzieliśmy się, że p. Dyrektor ma jedną jedyna, fotografię na biurku w gabinecie. Jak ja wydostać niepostrzeżenie? Wywiedzieliśmy się, jak długo trwa wykonanie kliszy. O godz. 10-tej wieczorem otrzymaliśmy fotografię. Jeden z kolegów wyjechał natychmiast do Poznania do litografa i... rano fotografia stała z powrotem na biurku. Nigdy nie zapomnę zdziwienia p. Dyrektora, gdy wręczałem mu numer „Brzasku” wraz z życzeniami.
     
       Wróćmy jednak do T. T. Z-tu jako ośrodka wszystkich ówczesnych poczynań. Skoro tylko uporaliśmy się z wdaniem pierwszego numeru „Brzasku”, już nowy pomysł nam zaświtał. Postanowiliśmy otworzyć sklepik uczniowski z artykułami piśmiennymi. Otrzymaliśmy od firmy W. Graczyk jakiś tam procent prowizji, zakupiliśmy od oberży w Dębówcu za bezcen urządzenie sklepowe i 28 stycznia 1929 sklepik stal się faktem dokonanym. Kierownictwo objął kol. E. Świtalski. Projektowaliśmy jeszcze otwarcie śniadalni. Prowadzenie kuchni było dla nas jednak trudnością nie do pokonania i w rezultacie Dyrekcja powierzyła to pedlowi.

      Zresztą „w tym czasie byliśmy zaabsorbowani czym innym. Na dzień 2 i 3 marca 1929 r. Kółko Dramatyczne T. T. Z. przygotowywało publiczne przedstawienie „Kordiana” Słowackiego. Ambicją naszą było godnie zaprezentowanie się na zewnątrz Równocześnie jednak wszystko chcieliśmy robić sami. Nic wiec dziwnego. że pracy było w bród. Trzeba było zorganizować reklamę, przedsprzedaż biletów, obsługę przy kasie i na sali, drukować programy itd. itd.. nie mówiąc już o próbach, które odbywały się trzy razy w tygodniu. Ale za to po przedstawieniu chodziliśmy jak pawie: aktorzy syci ok1asków, „a my zarząd T. T. Z. z pełną kasą czystego zysku. W gimnazjum wrzało i kotłowało się. Mimo tych wszystkich imprez praca kółek i klubów: nie zamarła ani na chwilę. Wielka maszyna T. T. Z-u szła ciągle pełną parą. Aż przyszła wiosna.., wycieczki, sporty. matura. Odeszła ósma klasa; staliśmy się najstarszymi w gimnazjum. Ster T. T. Z-u przeszedł w ręce młodszych, najpierw kol. Obarskiego, potem kol. kol. Zalewskiego W. i Maciejewskiego. Do gwiazdki pracowaliśmy jeszcze w kółkach. A potem... nasz matura. Zdaliśmy ją wszyscy bez wyjątku. Okrągła sześćdziesiątka. Ale zanim rozeszliśmy się w świat, jeszcze jedna wspólna impreza: bal maturzystów. Nie wiem, jak później bawili się maturzyści; wiem tyko, że o naszym balu wyrażano się z podziwem. Duża sala Hotelu Europejskiego zamieniła się w leśną polanę. Mnóstwo brzóz, girland dębowych i świerków zapełniło powietrze swoistym aromatem, przysłonięty reflektor rzucał poświatę księżyca. A potem... pochwyciło nas w swe tryby codzienne życie Minęły lata. Często jednak w pamięci odżywa mi obraz tego starego budynku szkolnego, w którym kształcił się mój charakter, „budziły i rozwijały się zainteresowania. A na tle murów gimnazjalnych pojawia się zawsze czcigodna postać p. Dyrektora Birgfelliiera, który niepostrzeżenie, a jakże trafnie i skutecznie, ingerował w nasze życie młodzieńcze. Z Jego to rąk wyszliśmy w świat z gorącym postanowieniem, aby pracować zawsze i wszędzie w myśl wpajanej w nas dewizy: Dla Ciebie Polsko i dla Twej chwały!

                                                                                                            mgr.  Wolek Bronisław



                                                                                                    powrót do góry
 

 

Wszystkie prawa zastrzeżone absolwent.gniezno.pl 2008r.