Strona Główna
Aktualności
Dyrektorzy szkoły
Biogramy
Wspomnienia absolwentów
1938 - zjazd
1948 - program
1951 - Wydarzenia PAS
1951 - Jan B Ćwikliński
1953 - Jan B. Ćwikliński
1978 - S.Gawrych
1978 - T. Powidzki
1988 - J. Kolanowski
1988 - A.Sajkowski
1998 - L.Bartkowski
2005 -T.Herman
2006 -J.Fijał
Absolwenci
Sztandary
Poezja i pieśni
Filmy
Deklaracja
Gnieźnieńskie linki
Jesteś w: Strona główna / Wspomnienia absolwentów / 1988 - A.Sajkowski  

Alojzy SAJKOWSKI

 

Daty które pamiętam


      Rok 1978 zamyka 115-letni okres dziejów gimnazjum gnieźnieńskiego przy ulicy Mieszka I (ongiś Mieczysława). Zamyka bezpowrotnie. To, co w jakimś tam kształcie wcieli się w tzw. kontynuację szkoły, mimo formalnego przejęcia pałeczki wychowawczo-dydaktycznej, będzie tworem nowym. Do historii przejdą daty ramowe 1863 i 1978. Okres jak na przykłady z dziejów naszej oświaty (jakże często rwących się w swych ogniwach) godny uznania i zadumy. W tym ponad stuletnim okresie gimnazjum jako instytucja żywa, ulegało różnym metamorfozom, wywołanym m.in. nawarstwianiem się pokoleń a także działaniom zewnętrznym politycznym i kulturalnym na pewnym i to znacznym, odcinku ingerencją obcą, niemiecką. Z biegiem lat (rzecz zrozumiała) musiały się pojawić daty od innych ważniejsze, wyrastające nad tamtymi szarymi, jednostajnie uszeregowanymi, swoją niezwykłością i piętnem (trochę to szumnie) przełomu. I tak zważmy legendą obrosły rok 1863, data bohaterskiego, desperackiego zrywu narodu polskiego przeciw uciskowi obcemu, carskiemu przyświeca narodzinom gimnazjum gnieźnieńskiego. 

       Rok 1918 przynosi radykalny zwrot w dziejach szkoły, która wraz z ukonstytuowaniem się niezależnego bytu państwowego rozwija się swobodnie w duchu i kształcie narodowym. Rok 1939 stanie się złowrogim nie tylko dla losów szkoły. Sześcioletni koszmar kończy się w r. 1945. Te daty ostatnio moja generacja pamięta, aż nadto. W dwudziestoleciu międzywojennym wybijają się uroczystą czcionką dwie daty jubileuszowe dwa zjazdy z 1923 i 1938. Ów drugi pamiętam. Byłem wówczas licealistą z klasy „Hum”. Wydaje mi się ten rok i miesiąc (Październik) szczególnie ważnym w dziejach liceum. Dlaczego? pokrótce wyjaśnię. Wpierw jednak, gwoli kronikarskiej ścisłości, wtrącę, że najdawniejszą datą którą pamiętam to rok 1931. Po raz pierwszy przekroczyłem mury szkoły, która wówczas wydawała mi się o wiele przestronniejsza niż dzisiaj i (szczerość obowiązuje) napawająca lękiem. Pierwsza próba egzaminacyjna i pierwszy poważny życiowy zawód nie dostałem się do grona pierwszoklasistów rozpoczynających naukę w roku szkolnym 1931/32. A żal pozostał i to jaki! Pierzchnęło marzenie o granatowym mundurku z wysokim, sztywnym kołnierzem i srebrną krechą. A z biegiem lat to „srebro” miało się wielokrotnić, aby w piątej klasie zabłysnąć złotem. Czapkę już pozostawiam w spokoju. Zresztą i jedno i drugie miało zniknąć bo w dwa lata potem nowe uniformy (nie tak ładne) zapanowały niepodzielnie i to w całej Polsce. 

         Data reformy jędrzejowiczowkiej jakimś tam piętnem odbiła się w dziejach szkoły. Ale wracam do roku 1938. Wówczas o uroczystościach naszego „Chrobrego” rozpisała się prasa miejscowa pojawiły się artykuły w „Lechu” i garść zdjęć w Lechicie dodatku ilustrowanym. W prasie krajowej na czoło wybijały się relacje ze spotkań z nieliczną już garstką weteranów powstania styczniowego. Wśród byłych wychowanków, którzy zjazd swój zaszczycili, powstańców nie było, ale kilku było takich, którzy o tamte lata niemal się „ocierali”. Boć (dobrze to pamiętam) wśród tych najstarszych z rezerwatu ubiegłowiecznego uwagę przykuwał Ludwik Cwikliński, nestor filologów klasycznych w Polsce uczony o sławie europejskiej, abiturient z roku 1870! Prawdziwa arka przymierza między tak odległymi laty. To były piękne dni naprawdę! Oczywiście nie brak było akademii z okrasą mów podniosłych, namaszczonych, jubileuszowym ściegiem wiązanych. O ileż bardziej godnym poglądu były spotkania „bywalców” szkolnych, szerokim wachlarzem wieku zróżnicowanych. Pamiętam w pewnym momencie do „naszej” klasy wtargnęła grupa panów podtatusiałych, podłysiałych i generalnie posiwiałych, wciskająca dość pojemne korpusy w wąskie ławy szkolne. Zajmowa1i „swoje” miejsca gestykulując, krzycząc, nie tamując wzruszenia. W takim momencie w oczach aktualnych uczniów obserwatorów kolegom znacznie ubyło lat. Tak więc w czasu krótkiego fragmencie można było obcować z żywą kroniką szkoły a nawet zobaczyć co pamięcią sięgali początków szkoły. Czyż nie powód, aby ową datę wyróżnić na kartach dziejów gimnazjalnych. Nawet w najbardziej pesymistycznej wyobraźni nie mogliśmy przewidzieć jak się cały ów świat zakręci i przekręci nim upłynie rok! 

          Był pewien moment jednak gdy o słowo przestrogi i to w naszej klasie. Zdaje się, że było to w dniach okupacji Sudetów i sprawy Zaolzia. Profesor Puchała wszedł do klasy wyraźnie wzburzony i on, znany milczek i cedzący z rozmysłem słowa ku naszemu zdumieniu wygłosił dłuższe quamquam. Odmiennie od tromtadracji prasy ówczesnej zabrzmiały z katedry słowa nacechowane niepokojem i zdecydowaną dezaprobatą wobec dokonywanej na terenie Czechosłowacji aneksji. Sens głęboki tamtej oracji Taciturna zrozumieliśmy wrześniu 1939 roku. W czasie okupacji pozostała biblioteka nauczycielska miała swych, konspiracyjnych czytelników. Dostęp do niej był w godzinach wieczornych operację umożliwiał trwający na placówce szkolnej „kasztelan” Koteras. Właśnie o zmierzchu zaglądało się ukradkiem do gmachu szkolnego. Z pustych i mrocznych korytarzy wyglądała „hydra pamiątek„ Znajome głosy, drogie postacie przyczaiły się w oczekiwaniu na zwycięstwa.  Laty 1045. Od strony Poznania dochodzą głuche pomruki kanonady. Jeszcze dymi Cytadela a już do Gniezna docierają pierwsi „belfrowie wygnańcy”. W marcu większość z nich odnowiła charakterystyczną marszrutę do klas i na dziedzińcu przy ulicy Mieczysława. Na ławie II licealnej siedziało 27 uczniów większość z nich z kadry przedwojennej. W lipcu matura pierwsza po wojnie. Ze wzruszeniem myślę o tym, jak niektórzy koledzy o bogatej biografii tutaj przed szturmem egzaminacyjnym okazywali większą tremę niż w akcji bojowej. To był trudny egzamin ale też niezwykły najstarszy z maturzystów liczył sobie 32 lata a najmłodszy 20. Jesień 1945 zapisy na Uniwersytet poznański. Napływ na humanistykę nie był tłumny. Jako dekanus facultatis litterarum kandydatów na studia przyjmował prof. Kazimierz Tymieniecki. Wówczas piszący te słowa z nielada satysfakcją usłyszał z ust znakomitego uczonego słowa szczerego uznania wobec narybku jaki dotychczas (tj. praktycznie do r. 1939) napływał z gimnazjum gnieźnieńskiego. Normalny tok studiów (skoro pominę kadłubowy rocznik letni) rozpoczął się 5 listopada 1945 pierwszy trymestr był więc nieco skrócony. Po miesiącu zmieniłem kolejność studiowanych dyscyplin: jako główny kierunek filologia polska, jako poboczny historia (ten drugi w latach 1946—51). W indeksie w rocznych rubrykach pojawiały się podpisy profesorów, adiunktów, wykładowców. Pomijając nazwiska „sław” naukowych dodam, że w r. ak. 1947/48 uczestnictwo na lektoracie z języka niemieckiego pokwitował podpisem Jan Szwemin. Śledząc wykład lekcyjny Szwemina poważnego wiekiem i siwego pana, do głowy mi nie przyszło wniknąć w jego biografię. A szkoda, bo była okazja aby jako absolwent Chrobrego porozmawiać prywatnie z maturzystą z roku Pańskiego 1901! I dodajmy działacza tak patriotycznej i zasłużonej do podtrzymania polskości organizacji jak TTZ (Towarzystwo Tomasza Zana). Były to lata szczególnie dla młodzieży polskiej trudne. Jakże wymowne są cyfry Polaków zdających maturę
1899 dwóch, 1900 jeden, 1901 oprócz Szwemina dwóch. Po roku 1948 Jana Szwemina już nie spotkałem. Jesień 1949 w oczekiwaniu na stabilizację na Uniwersytecie (perspektywa asystentury i to „młodszej” przy Katedrze Historii Literatury Polskiej) podejmuję w gimnazjum Chrobrego godziny zlecone uczę historii w klasach VIII-ych (a i c) i X-tej a. 

        Zastałem skład dawnej kadry nauczającej mocno zmieniony. Uczył jeszcze m.in. Błażak i Witkiewicz. Ale (było to aż nadto widoczne) dla starych profesorów nadchodziły „złe dni”. Spotykałem ich na korytarzu przemykających się z troską w oczach, skromnych, jakby zgaszonych, bez tak charakterystycznej werwy i swoistego gestu. Mordował się jeszcze na swoim niewdzięcznym stanowisku dyrektor Józef Sosna. Szczerze mu współczułem, choć po pewnym czasie w szczerej z nim rozmowie uzasadniłem moją absencję na konferencjach nauczycielskich z udziałem tzw. przedstawicieli młodzieży. Ci młodzi zabierając głos, nadto przejęci swoją rolą nie zawsze potrafili zachować odpowiedni wobec starych i doświadczonych wychowawców takt i umiar. W końcu 1949 r. z ulgą przyjąłem wiadomość o oczekującym mnie etacie w Poznaniu. I tym akcentem nieco melancholijnym kończę wspominki annalistyczne. Następne daty wymykały się z zasięgu obserwacji czy osobistych doznań Drogą ustnych przekazów dowiedziałem się  ołokietkowych” losach Sosny, O „wysadzeniu z siodła” drogiego memu sercu polonisty Adama Blażaka. 

          Z kolei następowały odejścia w krainę cieniów. Nie zdążyli zaznać dowodów uznania, dekoracji, dyplomów chyba kwiatów złożonych na grobie. Nurtuje mnie myśl (i nie tylko mnie), że wszyscy oni (których w komplecie przecież nie wymieniłem) zasługują na tablicę kommemoratywną, podobną tej, jaka ongiś przed wojną upamiętniła śmierć gimnazjalistów poległych na polu chwały w latach ugruntowywania się niepodległego bytu narodowego (1918-20) I jeszcze jedna refleksja kończąca „wspominki”. Termin „pamiętnik” oznaczał dawniej nie tekst, ale osobę, która będąc świadkiem jakichś tam wydarzeń, potrafiła je w opowiadaniu zrekonstruować czy potem opisać. Z czasem stało się to terminem literackim. Otóż żałować należy, że nie zdołało się w roku 1938 tych „pamiętników” sięgających w przeszłość odległą przymusić do sporządzenia doraźnego zapisu. Bogatszy nieco plon
przyniósł „Brzask” powojenny (1948) nie licząc sporadycznych publikacji książkowych, gdzie wspomnienia szkolne stanowią wycinek jedynie bardzo ciekawa książka Zygmunta Karpińskiego z 1971 r. ss. 79—87). 
         
         Otóż nie negując wartości materiału pamiętnikarskiego (oby było tego jak
najwięcej!) to stwierdzić trzeba że 115 lat zasłużonego żywota gimnazjum gnieźnieńskiego zasłużyło na monograficzne ujęcie. Systematycznie budulec na taką książkę zbierał profesor Stanisław Puchała. Szkoda że nie dane mu było trudu swego życia wydać drukiem ale przecież pozostałe materiały zostały zabezpieczone i deponowane w Bibliotece Kórnickiej w Poznaniu. Czekają więc na badacza—historyka. Ktokolwiek jednak w przyszłości owe materiały wykorzysta i opublikuje powinien w zapisie autorskim obok swego nazwiska umieścić również i Stanisława Puchałę. To mu się należy.



                                                                                                
powrót do góry

Wszystkie prawa zastrzeżone absolwent.gniezno.pl 2008r.